such-a-kookey blog

Twój nowy blog

Nie udowodniłam bynajmniej,że co do obietnic o swoich licznych powrotach jestem człowiekiem słownym,ale ja się naprawdę postaram.Znowu.I jeszcze jeden,i jeszcze raz.
Jestem bowiem prawie po pierwszej sesji,w związku z czym rozciągnął się przede mną tak niewyobrażalny ogrom wolnego czasu,że doprawdy nie wiadomo,co z nim robić,a ileż można wywracać się z boku na bok,namiętnie wałkując,z uporem godnym lepszej sprawy,kolejne odcinki Doktora House’a.
Niedługo zatem krótka relacja z mojego zaskakującego na każdym kroku życia studenckiego,a w tym trudy i znoje w otrzymywaniu zaliczeń,pierwszy urwany film w moim krótkim życiu,a także pewien człowiek o imieniu z lektury szkolnej…
This is Rock And Roll Radio,come on and rock and roll with Stonka…

Nie udowodniłam bynajmniej,że co do obietnic o swoich licznych powrotach jestem człowiekiem słownym,ale ja się naprawdę postaram.Znowu.I jeszcze jeden,i jeszcze raz.
Jestem bowiem prawie po pierwszej sesji,w związku z czym rozciągnął się przede mną tak niewyobrażalny ogrom wolnego czasu,że doprawdy nie wiadomo,co z nim robić,a ileż można wywracać się z boku na bok,namiętnie wałkując,z uporem godnym lepszej sprawy,kolejne odcinki Doktora House’a.
Niedługo zatem krótka relacja z mojego zaskakującego na każdym kroku życia studenckiego,a w tym trudy i znoje w otrzymywaniu zaliczeń,pierwszy urwany film w moim krótkim życiu,a także pewien człowiek o imieniu z lektury szkolnej…
This is Rock And Roll Radio,come on and rock and roll with Stonka…

Miało być pięknie,a wyszło jak zawsze.No,przesadzam-nie zawsze jest tak nieciekawie,jak zrobiło się niedawno.Za to ZAWSZE sprawdza się zasada,że im się jest pewniejszym siebie,tym większy kąt padania przy wywracaniu się na śliskich gównach porozrzucanych przez życie.
Było się czego bać,jeśli chodzi o rekrutację na studia.Podziękowały mi bowiem wszystkie uniwerki,wyłączając wydział prawa i administracji w Szczecinie.Niby powinnam się upić z radości,że dostałam się na dzienne i nie muszę się telepać po zaocznych bądź narzucić kilof na plecy,iść do pracy i za rok poprawiać maturę-ale jednak zabolała mnie ambicja.Pomimo pokazowych wrzasków byłam przekonana,że takie wyniki,jakie miałam,pozwalały mi na dostanie się z palcem w dupie tam,gdzie chcę.No to mi pokazali,gdzie mają mnie i moje wyniki.Nawet awaryjne dziennikarstwo we Wrocławiu szlag trafił.
W akcie desperacji zaczęłam rozważać zaoczne prawo w Poznaniu-w końcu,na chłopski rozum,powinno być prościej przedostać się z zaocznych na dzienne w Poznaniu,niż ZE Szczecina DO Poznania.Okazało się,że moja opinia została szybciutko poddana pewnej weryfikacji.Pani w dziekanacie konspiracyjnym szeptem wyznała,że na zaocznych jest „ciężko,oj ciężko” i że aby przenieść się z zaocznych,należy wystukać sobie średnią powyżej 4,5.Strzeliliśmy z Ojcem karpia-jak to możliwe przy ograniczonej dostępności do podręczników i zajęć?Pani z dziekanatu uśmiechnęła się jak Gioconda i zagadkowo odpowiedziała,że „zawsze znajdą się dobrzu studenci na zaocznych”.Czyli czterech z ośmiuset-jak doinformował mnie inny dziekan.Niezrażona,zasięgnęłam drugiej opinii.Pobiegłam do młodej asystentki prokuratora,pracownicy znajomej mojej matki,która to właśnie dziewoja studiowała zaocznie w Poznaniu.Narobiła mi nadziei mówiąc,że w Poznaniu zaoczni mogą uczęszczać na wykłady z dziennymi,mogą sobie sami ustawiać egzaminy,a dostęp do źródeł jst nieograniczony.Na dodatek na moj pytanie,jak jej potencjalni pracodawcy zapatrują się na fakt,że jednak mimo wszystko jej dyplom ukończenia prawa jest wywalczony w systemie zaocznym-wybałuszyła i tak subtelnie wytrzeszczone oczy i powiedziała,że przecież nikt jej na dyplomie nie wypisze krwią,że skończyła prawo zaocznie.Prawnik to prawnik.Nieważne,czy dziennie,czy zaocznie,wieczorowo czy kwartalnie.
Radość moja nie miała końca i pobiegłam oświadczyć wszystkim,że oto idę do Poznania zaocznie.Dwa dni później powolutku ugadywałam się z Henią w sprawie szukania mieszkania (też się wybiera na zaoczne) i wszystko zaczęło wyglądać dosyć znośnie.Do momentu,kiedy do akcji wkroczyli lokalni gawędziarze i siewcy legend-czyli mój ojciec,jego znajomi i wszyscy znani mojej rodzinie prawnicy.Na temat systemu zaocznego opowiadali oni rzeczy niebywałe.O walkach toczonych o miejsca na wykłądach między zaocznymi i dziennymi,o zapisach w bibliotece na dwa tygodnie do przodu na książki potrzebne na za trzy dni,o jeździe na dwa pejcze w kwestii intensywności uczenia się,o absolutnej niemożności zapoznania się z urokami życia studenckiego oraz o jakże celnych pytaniach wykładowców:”O,a pani jest z zaocznych-to co pani tu robi?”.Doszły też moje osobiste reflekcje natury przyszłościowej-w końcu niby zawód prawnika ma jakąś etykę,ale niemniej jednak z natury swojej ludzie to mendy.Wolałbym nie tracić klientów przez to,że jakiś zaprzyjaźniony kolega po fachu rzuci w eter,że nie ma co do mnie przychodzić po pomoc,bo jako ta zaoczna niewiele mogę komuś poradzić w czymkolwiek.Nie wspomnę o samodyscyplinie,której nie mam.Muszę mieć świszczący nade mną pejcz,który mnie zagania do roboty.
Stanęło zatem ostatecznie na Szczecinie.Po roku będę próbować się wysmyknąć do Poznania-musze jeno mieć dobrą motywację.
Pozostało mi jeszcze odbycie przeprawy z Henią,która,okazało się,poczuła się najwyraźniej zostawiona nie na lodzie,ale na gigantycznym,porzuconym gdzieś na środku Pacyfiku lodowisku.Zaczęła wrzeszczeć,że stchórzyłam,bo boję się,że będą mnie źle traktować,a tak traktują wszędzie.Odparłam jej na to,że wolałabym chociaż być traktowana jak szmata za darmo,a nie płacić im jeszcze po dwa i pół koła za semestr.Porzuciła argument o złym traktowaniu,za to po raz kolejny zaczęła wrzeszczeć,że stchórzyłam,a to niepotrzebnie,bo przecież ona też będzie na zaocznych i ja nie będę sama.Powiedziałam spokojnie,że to głupie gadać o tchórzostwie komuś,kto po prostu wybrał dla siebie lepszy system-jeśli ona woli zarzynać się z książką sama,to gratuluję sobrego sampopczucia.Bo ja nie wolę.Chciałam jeszcze dorzucić,że ja też nie palę się do bycia wyciąganą z ciupy przez kogoś,kto kończył prawo zaocznie,ale całe szczęście ucięło sygnał.Słowem-wyszło na jaw,że Henia rzuciła mi oskarżenie,które doskonale opisuje jej własne obawy:pozbawiona załatwionego przeze mnie po znajomości,taniego kurwidołka z dojazdem do uczelni,a także bez mojej znajomej gęby na zaocznym oraz gęby kumpla z klasy na dziennym-ona się po prostu boi.Serdecznie dziwię się jej rodzicom,że oto KAZALI jej męczyć się pięć lat zaocznie-nie zanosi się,żeby dała radę wynieść się na dzienne po roku-zamiast wysłać ją do Szczecina,a potem kombinować desant do Poznania.Szczęśliwie jednak nie muszę się już zastanawiać nad motywami ich decyzji-mam studia,mam chętną na współmieszkanie (kumpelę z mojego rocznika,jeszcze z Jedynki),a 15 września jadę na obóz o jakże rozkosznej nazwie Adapciak,gdzie będę się bratać z młodzieżą miast i wsi z wydziałów prawa całej Polski.Nieopatrznie zaznaczyłam w ankiecie,że jestem zainteresowana meczem paintballowym-czy to znaczy,że dadzą mi naładowaną farbą flintę i kombinezonik,a na wystrzał każą latać po krzakach i strzelać do innych równych sobie dewiantów?
Podsumowując,ostatnie półtora miesiąca było dla mnie doprawdy cudaczne:nie dostałam się na 4/5 kierunków,dowiedziałam się o homoseksualizmie mojej bliskiej kumpeli oraz o dwóch przypadkach klinicznej depresji w moim otoczeniu.Jeśli moja matka ucieknie z rysyjskim szpiegiem,a ojciec zacznie karierę w cyrku-naprawdę przyjmę to ze spokojem.
Przedłużam kontrakt u Cichego Przemysława.Coraz lepiej mi tam,coraz bardziej mnie doceniają,i coraz większego łacha drzemy sobie z Grzesiem z Przemysława i jego różnych dziwnych wejść.
Jakoś ciągnę do przodu.

I to niemalże przypadkiem.Podpierniczyłam z roboty dwa plakaty promujące koncert Kultu w Zielonej,słusznie wychodząc z założenia,że jeśli na koncert nie poszłam (z lenistwa,przyznaję),to chociażby plakatami się pocieszę.Piętnaście sekund później Grzesiu,kolega z pracy,uświadomił mnie,że wieczorem tego samego dnia w sEmpiku Kazik będzie promował swoją nową książkę.Początowo również tego newsa przyjęłam obojętnie-średnio uśmiechało mi się stanie przez pół dnia w tłumie spoconych,rozgrzanych nastolatków ściskających zerwane ze słupów plakaty do podpisu w rozdygotanych rękach.Ostatecznie jednak uznałam,że tak czy siak muszę nabyć prasę popularno-naukową pod tytułem Uroda,więc udam się na to miejsce zbiorowego kultu (i zbiorowego Kazika),rzucając okiem na zaistniałą sytuację.
Poszłam zatem.Kiedy weszłam do środka okazało się,że spotkanie miało się ku końcowi,stojące w kolejce ostatni wynosiły dwie sztuki ludzkie,a jak okiem sięgnąć nie było nikogo,kto by zachowywał się w sposób nieokrzesany (fani Kultu są naprawdę różni-wiem,bo bywałam na koncertach).Pomyślałam zatem,że chyba nie będzie takie znowu od rzeczy,jeśli jednak się zdecyduję na pobranie próbki pisma od Kazika.Pobrałam,na ukradzionych plakacie zresztą.Pstryknięto nam uprzejmie zdjęcie moją komórką,i oto mam udokumentowane spotkanie z Kazikiem (niższym ode mnie).O!
Pozostając w temacie Kazików i Kultów-okazuje się,że jako pracownik Muz Artu mam wstęp wolny na wszystkie koncerty i eventy w mieście,od Ani Mru Mru zaczynając,na Kulcie i Czesławie Mozilu kończąc.Wczoraj przyszedł do nas przedstawiciel Kawonu,co by rozliczyć się z biletów.Szef zaanonsował,że pojawi się on ze znajomymi,Grzesiu oraz ja.Przedstawiciel Kawonu,brodaty człowiek imieniem Rysio (wszystkie Ryśki to fajne chłopaki,jak się okazuje),przewrócił na te słowa oczami w sposób zagadkowy i oznajmił,że on w takim razie przygotuje dla nas „jakiś stoliczek”.Małom nie osłabła z podniety,mając w perspektywie pierwsze w życiu posiedzenie przy stoliku dla,było nie było,VIPów.Niestety,Przemysław wszystko popsuł,mówiąc,że on właściwie przyjdzie później niż przewisuje program,więc w zasadzie nie ma potrzeby.I na razie gówno,jeśli chodzi o bycie VIPem.
Niemniej jednak,miłym jest,że zarobki będące w wysokości średniej w dolnych granicach rekompensuje możliwość uczestniczenia we wszystkich lepszych imprezach w Zielonej.
Wygląda na to,że ludzie z lubuskiego są skazani na sukces.Ostatnio z pewną dozą zdumienia zobaczyłam na Vivie wijącą się wokół Deląga praktykantę,z którą miałam w zeszłym roku angielski.Wyszło na to,że dziewczyna po filologii angielskij,która nie wiedziała,co to znaczy Skid Row,teraz jest Amilą Zazu i wydaje płytę,którą my,kurna,jesteśmy zmuszeni promować.Z drugiej strony-gdzie tu sprawiedliwość -_-’?Ja również powinnam już dawno zostać ogłoszona fenomenalnym odkryciem,skoro zostają nimi ogłoszone wystraszone absolwentki filologii angielskiej na UZ,w których nie wzbudza podejrzenia fakt,że ktoś ma na imię Samantha,przez „h” (kazała nam bowiem postawić przed sobą karteczki z imionami,bo tak jej będzie łątwiej,na co rzecz jasna my,wesoła młodzież szkolna,potworzyliśmy sobie zupełnie innowacyjne imiona-Stachów,Zenobiuszów i Genowef było nagle na lektoracie zatrzęsienie).Faktem jest,że nie wiem,w jakiej kategorii miano by mnie odkryć-być może jako wartość samą w sobie XD.Anyway,Zamila Amu czy też Zazula Zazu,rychło również będzie się promować w Empiku.Rozważam mały sabotaż do spółki z kimś z byłego lektoratu.
Poza tym bez zmian.W pracy miło,acz boję się jednego współpracowanika,poza pracą mniej miło,bo zbliża się je*ana rekrutacja,a co nawet gorsze-również wyniki matury.Umówiłam się ze Zboczeńcem,że pójdzie za mnie je odebrać i sama mi je odczyta.Może mój wylew będzie trochę mniejszy.
Tydzień temu wkroczyłam w ostatni rok życia kończący się na „naście”.Było miło,poszłam bowiem oblewać to z kumpelami do Kawonu,a po niedługim czasie przysiadło się do nas dwóch młodzieńców z wielkiej Warszawy.Dowiedziawszy się,że mam urodziny,postawili nam dwie butelki szampana-bardzo ładnie z ich strony.Jak kwaśno zauważył Grzesiu,niezły sposób na podryw.Upiliśmy się zatem zdziebełko,przy czym nasłuchałam się masy miłych rzeczy na swój temat.Niemożliwe jest,żebym w takim okolicznościach była skromna.
Zauważam z niepokojem,że moje gusta muzyczne ulegają pewnej modyfikacji.Dostrzegłam,że istnieją też inne gatunki poza rockiem i jego mutacjami,a ściślej-zainteresował mnie francuski house z przewagą Boba Sinclara.Dobry jest,ładnie mu się udaje połączyć jazz,gospel i housik.Mam tu na myśli bardzo wczesne płyty,a nie te wydawane na przestrzeni ostatnich dwóch lat,przyozdabiane pedofilskimi teledyskami z udziałem dzieci różnych ras.Boże,boję się pytać,co będzie następne-czy czekają mnie koncerty Scootera,na które uczęszczać będę w białych rękawiczkach..?

Właśnie jestem w trakcie czytania warunków i harmonogramu rekrutacji na studia.Ogarnia mnie bezbrzeżna panika,jak to zwykle bywa w takich wypadkach (o ile się nie jest cholernym laureatem olimpiady z czegoś tak egzotycznego jak historia) i po raz kolejny zastanawiam się,czy oby na pewno pieprzona panna Izabela śniła o Wokulskim,czy o swoim sąsiedzie,który być może,choć nie wspomniany w powieści,wywołał niezatarte zmiany w jej psychice.Paranoja już blisko.Boże,po co mi studia,mogłam od razu wyjść za traktorzystę spod Szczecina i karmić kury,nie martwiąc się o coś tak trywialnego jak rekrutacja na studia.
Plan minimum w kwestii składania podań wygląda następująco:sinologia w Poznaniu (z nadzieją),prawo w Poznaniu i Wrocku (z beznadzieją),dziennikarstwo we Wrocku (z rezygnacją),etnolingwistyka gdziekolwiek (z zainteresowaniem) i arabistyka gdziekolwiek (z szaleństwem w oku).Ponoć trzeba umieć mówić językiem wroga,w dobie dżihadu jest to bardzo a propos.Byle mnie nie wywalili na front,żebym pisała hasła pokojowe na tabliczkach.Mam nadzieję,że mimo wszystko dostanę się gdzieś jeszcze prócz dziennikarstwa,bo nie uśmiecha mi się wręczanie łapówki na starcie mojej kariery,nie wspomnę o ewentualnej urażonej dumie.Ale pfe,khe,bue,tak nie można,należy myśleć pozytywnie.Dostanę się z palcem w dupie.Tak.Przyjmijmy taką wersję.W przeciwnym razie już zostanę w Kanadzie,sama,prostytuując się w bogatych dzielnicach i zaskakując majętnych klientów znajomością historii Stanów Zjednoczonych i zaintesowaniami mediewistycznymi…Boże,to jest silniejsze ode mnie,niech mnie ktoś zamrozi,poskłada za mnie podania,odbierze wyniki matur i obudzi klepaniem w policzek,jak już się dostanę tam,gdzie chce.
Będzie lamentów.
Pracuję u Cichego Przemysława.Praca ta dostarcza mi całą gamę emocj.Na razie się rozkręcam,co przejawia się tym,że potrafię zafoliować i zapakować klientowi pudełko bez płyty w środku,czy też nie wyjąć magnesu zabezpieczającego z pudełka,przez co przy przejściu przez bramkę przy wejściu rozpoczyna się świst,pisk i trąbienie alarmów.Każdorazowo Przemysław lub Grzesiu,zależy kto obok mnie stoi,uśmiecha się uwodzicielsko i oznajmia odkrywczo:”O,koleżanka nie wyciągnęła zabezpieczenia”.Do tej pory wszyscy uśmiechali się ze zrozumieniem i równie czarująco oznajmiali „Nie ma sprawy”,uśmiechając się do mnie jak kaznodzieja z Armii Zbawienia.Czekam jednak na dzień,kiedy doświadczona w ten sposób osoba będzie wielkim,spoconym agresorem,który a)śpieszy się,jest spóźniony i wkurwiony,b)nie zważa w tej sytuacji na fakt,że dziewczynek się nie bije.Bogu dzięki,że potrafię się skruszyć i stropić na zawołanie.
Odkrywam ponadto na nowo,że ludzie to buraki.Nie wszyscy i nie zawsze,ale zdarzają się wyjątkowe egzemplarze.Ostatnio miałam dość kiepski dzień,a kiepski dzień w pracy to tragedia.Nawet się nie ma na kim wyżyć,bo jeśli wydrę sie na klienta,to będzie moje ostatnie zagranie na wysokich tonach za ladą MA.Niemniej jednak na drobnostkę sobie pozwoliłam-wszedł bowiem jakiś odziany w wytworne lny cieć,niestety przystojny,po czym nie patrząc w moją stronę rzucił „Oszibarak”.Wkurw mnie wziął-no bo co,że Oszibarak?A ja,kurna,Aleksandra.Nie uśmiecham się zatem i z obrzydliwą kulturą w głosie mówię:”Pańskie pytanie brzmi:czy jest Oszibarak…?”.Jakby się trochę zdumiał.Tak bardzo,że aż potwierdził bez wahania.Nie będzie mi tu jakiś lniany gnojek rzucał monosylab i liczył,że ja z podskoku się dowiem,o co mu chodzi.
Stwierdzam ponadto,że prawdą jest,iż króluje badziewo.Najlepiej schodzą płyty Feel,Rubik i Britney-poważnie.Jeden dewiant zamówił singiel tej ostatniej za 35 zł.Kiedy dzwonił,żeby potwierdzić zamówienie,to mało nie łkałam,bo naprawdę jest milion sposobów,żeby zainwestować tr 35 zł znacznie lepiej w MA.
Wszyscy dostawaliśmy ponadto piany na pyskach,bo 30.maja grał w Zielonej Feel,z okazji Dnia Dziecka.Tłumaczenie 400 osobom dziennie najpierw,że biletów jeszcze nie ma (przez tydzień),a potem,że trzeba mieć legitymację zielonogórskiej szkoły i opiekuna przy braku wieku pełnoletniego,bo to dla dzieci impreza-to trzeba przeżyć.Wyrabia cierpliwość i twarde kłykcie,kiedy po wyjściu złorzeczącego 30-latka,który nijak nie jest małą dziewczynką z gimnazjum,walisz w blat stołu zamiast w jego sfrustrowaną gębę.Dzień,w którym zagrał Feel,należał do najpiękniejszych w moim stażu robotniczym.A i tak trzy godziny po koncercie wpadły do MA dwie blondyny,pytając,czy są jeszcze bilety na j u t r z e j s z y koncert FEEL.Pewnie,ale nie u nas,bo jutro grają w Międzyrzeczu.
Nie narzekam za to na szefa,który to szef na razie fajny jest.Umożliwiał mi nawet wyjazd na Metallicę,czyli bilet na płytę (ze zwrotu) i bezpłatny transport autokarem-ale mam obecnie taki atak alergii,że doprawdy wolałam nie ryzykować,że umrę na zasmarkanie w trakcie imprezy.Kurwa mać,nie mogli zagrać w lipcu?
Prócz rekrutacji pewną dozę niepokoju budzi też fakt,że podczas mej podróży do Toronto mam przesiadkę na Heathrow.Daję sobie 10 minut na zgubienie się,to więcej niż pewne.Rodzice zobaczą mnie w BBC News,jak trzymam zębami nogawkę pracownika obsługi i mamroczę nieprzytomnie.
Chwilowo zaś-nieźle jest.Upajam się spokojem.

Z nową, acz bezwzględnie nadużytą w wyniku matur, siłą do pisania.

            Tak mi się właśnie skojarzyło, że jest to moja pierwsza porządna nota od czasów dramatycznej relacji z koncertu Red Hotów – otóż pod względem koncertów w tym roku dupa blada. Miałam jechać na Scorpions, miano mi nawet zafundować bilet, ale ostatecznie wszystko wyłożyło się na ryj ze względu na brak transportu, czyli cokolwiek dziwne trasy wiozących na miejsce pociągów. A jako że nie mam tyle samozaparcia, żeby jechać przez pół kontynentu na Open Air po to tylko, żeby upewnić się, że Johnny Rotten jeszcze się nie rozpadł na kawałki (względnie nie jest zasilany bateriami, jak Breżniew). Słowem – jeśli nie załapię się na żaden koncert w Kanadzie, to będzie wielka, przaśna koncertowa lipa.

Co do rzeczonej Kanady, wszystko wskazuje na to, że wyślą mnie tam w sierpniu. Nie powiem, fajnie jest. Matka uderzyła bowiem do ciotki, która tam mieszka już od czterystu lat, z pytaniem czy nie przyjęłaby mnie w swe progi na jakieś dwa tygodnie. Pytanie owo padło we wrześniu drogą mailową. Dwa dni później napłynęła odpowiedź, że ależ jasne, tak i oczywiście, nie ma sprawy. Ucieszylim się wszyscy, po czym Mama wysłała kolejnego maila z pytaniem, kiedy wobec tego konkretnie i czy to oby na pewno nie problem. I tu w rzeczy samej problem się zaczął, albowiem ciotka nie odpowiadała na kolejne, coraz bardziej dramatyczne wiadomości przez pół roku. Zrobiło się trochę gorąco, jako iż jeszcze do marca na wjazd do Kanady obowiązywała wiza, a wiadomo, że trzeba ją jeszcze jakoś wymędzić w ambasadzie, co nie zawsze da się załatwić w cztery minuty. Cała chałupa zajęła się spekulacjami na temat powodu braku wieści. Może się obrazili, bo nie odpowiedziałam kuzynkom na życzenia świąteczne (naprawdę,mocno,szczerze mi się nie chciało – jestem świnią na łyżwach, przyznaję)? Może zasypała ich lawina i teraz konają w agonii, a nikt o tym nie wie? Może zeżarł ich niedźwiedź (wiadomo, w Kanadzie niedźwiedzie czają się na każdym rogu)? Faktem jednak pozostawało, że wiadomość nadchodziła, co było trochę niesmaczne w zestawieniu z faktem, że ciotka zdążyła już zatelefonować w międzyczasie do moich Dziadków i powiedzieć im, że oto znieśli wizy i ona ich do siebie zaprasza. Pożegnałam się z wizją nieśpiesznego spaceru ulicami Toronto i zaczęłam szukać wycieczek zorganizowanych.

Nagle jednak, ni z gruchy ni z pietruchy, do skrzynki mailowej mojej Matki wpadła wiadomość od ciotki. Tak, potwierdza, że mogę przyjechać, nie, to nie problem, najlepiej początek sierpnia. Matka tak się zdziwiła, że aż zamknęła witrynę poczty mailowej.

Wszystko zatem jest na odpowiedniej drodze do szczęśliwego rozwiązania, jak mawiają ginekolodzy. Mam nadzieję, że wszyscy uwielbiani przeze mnie śpiewający i grający panowie zechcą spontanicznie wyskoczyć do Toronto w pierwszej połowie sierpnia. Na dwa tygodnie.

            Dość chaotycznego pieprzenia. Pora na jakąś składną relację.

Szczęśliwie dobrnęłam do końca ogólniaka. Mogę szczerze wyznać, że był to rok spektakularnie koszmarny, z paru powodów. Pierwszym była niewiarygodna korba, którą mieliśmy od września do stycznia. Wprowadzono u nas tzw. system trymestrowy, czyli wyrobienie normy godzin wszystkich dziwnych przedmiotów typu matematyka czy biologia w przeciągu 6 miesięcy, a po tej traumie – odbębnianie wyłącznie polskiego, fakultetów, w-f i języków. Wszystko pięknie, ale dopiero od stycznia. Do ferii byłam w środku surrealistycznego cyrku – w życiu tyle się nie uczyłam (podobno na studiach ma być jeszcze gorzej, rozważam zatem wyjście bogato za mąż), zwłaszcza, że równolegle przygotowywałam się do matury. Jakby tego było mało, w ostatnim, jakże decydującym dla naszej kariery roku, opuścił nas znany i kochany od Brazylii po Zanzibar matematyk, Okoń. Nie miał, cholera, kiedy iść na urlop zdrowotny, tylko akurat w roku naszej matury. Przysłano nam w zamian jakąś wiekową służbistkę, która (jak większość nauczycieli w Jedynce – a co,skończyłam to mogę sobie pojeździć, już mnie nie wywalą) wychodziła z założenia, że wszystkie zasady zaawansowanej matematyki pojęliśmy we wczesnych dniach dzieciństwa. Kosiła jak potłuczona na każdym sprawdzianie, a że sprawdziany były często, bo trzeba było wyrobić normę godzin, to zrobiło się strasznie fajnie. Wzięłam korki, podobnie jak połowa klasy, co jednak dało mi zgoła niewiele, jako iż kobieta dodatkowo uroiła sobie, że przeszkadzam jej w lekcji, co było dobrym powodem do okazywania mi braku sympatii. To nie moja wina, że pamięta czasy Noego – gdybym miała tyle lat, to pewnie też bym miała pretensje do świata, ale co, do cholery, ja jestem temu winna? Skutek był taki, że na koniec mojej trzyletniej orki matematycznej to mauzoleum wystawiło mi dopuszczaka. Fantastycznie. Ponoć ludzie mówią, że na ocenę pracuje się przez trzy lata szkoły, a nie pół roku, ale jak widać ludzie znowu się, murwa kać, mylą. U Wojtka byłoby trzy, założę się o milion..

Kij jej w oko. I tak mam pasek na świadectwie. Żałuję, że nie było jej na zakończeniu roku trzecich klas, bo przysięgam, że bym go jej zadedykowała. A tymczasem – oby jej się dupa zrosła.

Jeden z ciekawych elementów traumą nie był, niemniej jednak urozmaicał mi czas szalenie, przywołując jednocześnie wspomnienia dalekiej Szkocji. Otóż do grona uczniów klas pierwszych dołączył nieodżałowany Peryskop. Pomijam to, co się odbywało na korytarzu, czyli intensywna potrzeba przechodzenia cały czas w moim pobliżu oraz spojrzenia zza słupa w hallu. Gwoździem programu był cotygodniowy w – f z klasą Peryskopa na Sali. Nie regularnie cotygodniowy, bo przy pogodzie panowie byli wywalani na dwór, ale wystarczająco często, żeby mogły mi być dostarczane przez kumpele dramatyczne relacje na temat tego, co się dzieje z człowiekiem po drugiej stronie siatki – bo ja wolałam w tamtą stronę nie patrzeć.

Słowem – Peryskop mógłby wziąć udział w olimpiadzie w konkurencji „rzut okiem przez długość korytarza”. Nie powiem, będzie mi tego brakować :D.

Drugą traumą zaś były, rzecz jasna, matury. W noc przed pisemnym polskim śniłam różnorodne fajne rzeczy – że pomyliłam sale i napisałam nie to, co powinnam, że wzięłam nie ten arkusz, co trzeba, że nic nie umiem i nie mogę nic wymyślić – czyli standardy przedmaturalne. Chwała Bogu okazało się, że nie tylko przyszłam na czas i wzięłam wszystko, łącznie z dowodem i tymi cholernymi kodami do naklejenia, ale nawet nieźle mi to wszystko poszło (tfu tfu, odpukać), pomimo idiotyzmu tematu na pracę pisemną.

Jednak nic nie może być idealnie, w związku z czym już trzeciego dnia, czyli w czasie WOSu jakiś kwadrans przed godziną zero okazało się, że zapomniałam wziąć z chałupy kodów. Dyrektorka straszyła nas, że bez kodów nie ma egzaminu i zapraszany za rok, jeśli ktoś będzie na tyle beztroski, żeby ich nie zabrać. Otóż okazuje się, że ja byłam. Gorąca linia Matka – dom – ja była aktywna od pierwszej sekundy mojego odkrycia, że kody owszem są, ale niekoniecznie w mojej torbie. W akcję zaangażowano dwie taksówki, dwie szkoły (połowa mojej zbiegła się zobaczyć, czemu biegam przed budynkiem i wyglądam, jak w trakcie egzorcyzmów; ta druga szkoła była tą, w której moje osobista matka była przewodniczącą komisji maturalnej). Finalnie kody zostały mi dowiezione, a ja w ostatnich pięciu minutach przed gongiem wpadłam na salę z włosem rozwianym i obłędem w spojrzeniu. Zawsze tylko i wyłącznie ja miewam takie przygody. Bogu dzięki, że Krzysiek był w domu. Gdyby było inaczej, to mogłabym iść sprawdzać, kiedy mam następne podejście.

            Czeka mnie jeszcze tylko ustny angielski, którego z przyczyn oczywistych nie obawiam się zanadto. Ze środowego ustnego polskiego mam Maksia. Maksimum się znaczy. Musiałam, musiałam to powiedzieć.

            Dwa z czterech miesięcy obrzydliwego nicnierobienia spędzę w pracy. Załatwiłam sobie bowiem posadę w sklepie muzycznym u Cichego Przemysława. Kokosów z tego nie będzie, ale nie rwę szat z tego powodu – zadowolona jestem niebywale, że mam posadę w miejscu tak dla mnie kultowym. Szefa mam dobrego (acz Cichego), tak zwani koledzy z pracy są mi znani i szanowani. Żyć nie umierać.

            Sierpień częściowo, jak już mówiłam, przebaluję w Kanadzie, kilka dni zaś będę się panoszyć u Siostry, której nie widziałam cztery lata świetlne, która zaś zdążyła się już obciąć i pofarbować w czasie naszego niewidzenia (nie mówię, że ja nie zdążyłam…). Potem zaś zacznie się ganianie z wywieszonym językiem za mieszkaniem na miejscu studiów. A fe, fe, to jeszcze nie teraz. Teraz jest „pora reraksu”.

Pozdrawiam zatem z tego miejsca wszystkich tych, którzy zmuszeni są chodzić do szkoły/pracy/na uczelnię, mwah mwah. Zastanawiam się, czy by nie wziąć leżaka pod pachę, nie pojechać do (byłej, byłej, hurra) szkoły i nie rozłożyć się na boisku, przodem do okien sal lekcyjnych oczywiście. A po dzwonku szybciutko uciec, żeby nie zostać ofiarą seansu nienawiści…

 

Pora wracać na stare śmieci,jako ten syn marnotrawny.Eee,marnotrawna.Córka.Wkrótce ponownie uruchamian machinę bloga.Cierpliwość cnotą,zatem oczekujcie cierpliwie.
Dziś tymczasem mam przedostatni egzamin,ustny polski,z tego cholernego maratonu maturalnego,który pozbawił mnie dokumentnie resztek nerwów.
Do rychłego,
Stonka vel Kookey vel Mucha the Powracająca.

Łatwo nie było,i to niejako od samego początku.
Najpierw podróż.W jednym przedziale z rodziną wielodzietną,permanentnie zasypiającą studentką (na oko,a nawet dwa) oraz zauroczoną sobą nawzajem parą również chyba studencką.Plus bywający epizodycznie człowiek wzrostu słonia indyjskiego,który z anielską cierpliwością odstąpił swoje miejsce dla następnej dwójki nieletnich (tych z wielodzietnej).Nieletni wchodzą i natychmiast wychodzą,mówiąc (z racji niezaawansowanego wieku) coś niezrozumiałego.Rotacja kadr wprost zastraszająca.Co matka z ojcem robi w chwilach wolnych od rozmnażania się?Pozwolę sobie stwierdzić,że na pewno nie zajmuje się poprawianiem własnej urody,o czym świadczą dramatyczne chaszcze zwisające spod pach.Założyłabym się o milion,że mignął mi gdzieś tam Tarzan,przeskakujący po lianach.
W drodze do celu (Katowice) złapałyśmy naszą niezastąpioną 99,która ofiarowała się odbić nas w Zabrzu i za rączkę poprowadzić do celu.No więc uściski i kombinacja,jak zmusić rodzinę wielodzietną do kumulacji na mniejszym obszarze,aby 99 zdołała usiąść.
Następnie udajemy się do miejsca naszego noclegu,czyli Hotelu Zacisze (nie wiem,czy nazwa wynikła z nieświadomości,czy z perfidii).Drzwi do oficyny w starej kamienicy otwiera nam człowiek odziany w białą szatę przepasaną sznurkiem.Postura imponująca.Podobnie jak chałupa-troszeczkę nas wszystkie przytkało.Pokoi ilość niebywała,wszystkie takichże rozmiarów.Odremontowane chyba tego samego dnia rano.Szczęściu własnemu nie wierzymy.
Reszta dnia upłynęła nam na udaniu się na Stadion i opracowaniu strategii szturmu na barierki (oraz wypytywaniu wszystkich możliwych w miarę kompetentnych osób,czy oby na pewno można wchodzić tylko dwoma skrajnymi bramami),powierzchownym zwiedzeniu molocha handlowego Silesii (na moje szczególne nalegania-wychodzi ze mnie na obczyźnie pierwszej wody plastik),składaniu hołdów 99 oraz jej łaskawemu nas odwieźć do hotelu ojca (do nóg padam raz jeszcze) oraz kłóceniu się,o której mamy wyjść,dlaczego tak późno (Ja),dlaczego tak wcześnie (Naczelna),oraz gdzie będziemy się ustawiać na czatach,bo jednak ci robotnicy wyglądali na debili (Naczelna),a ten ochroniarz też nie sprawiał wrażenia myśliciela (Ja).
Ale nadszedł ostatecznie ten dzień wyśniony,kiedy to siła napędowa wywaliła mnie z wyra już w okolicach ósmej i zmusiła do śpiewania „Oto jest dzień,który dał nam pan” i uśmiechania się jak potłuczona.
W pewnym momencie na ulicy dwa piętra niżej potoczyła się limuzyna rozmiarów lotniskowca,na obcej rejestracji i z zaciemnionymi szybami.Red Hoci?Powstały domysły i spekulacje,czy przypadkiem oto nie przeminęła nam jedyna okazja do rzucenia się na dach pojazdu,po czym wczołgania się do środka i obezwładnienia Anthony’ego stanikiem marki Triumph.Rychło spekulacje przyćmione zostały przez pakowanie kanapek oraz wody i wrzaski,że szybciej (Ja).Pobieglim na dworzec,zostawilim bagaż w nader śmierdzącej przechowalni,po czym w te pędy rzuciłyśmy się do najbliżej stojącej nie-prywatnej linii taksówek (prywaciarze zdzierają,jak twierdziła żona właściciela Hotelu Zacisze.Czy mogę oficjalnie nazywać ją Sybille?) i,po uprzednim uświadomieniu taksiarza,że doskonale,kurwa jego mać,wiemy,że koncert jest dopiero wieczorem-jazda na stadion.Tam strategiczne rozdzielenie się na dwie brami i gorąca linia komórkowa z konsultacjami,gdzie mniej luda.Mniej było u Naczelnej.Chyba.Więc powróciłam z tobołkiem kanapek pod bramę numer 7,po czym rozłożyłyśmy obóz przed taśmą odgradzającą magiczne bramki mające nas wpuścić do Raju przez wściekłym,kapiącym śliną tłumem pozornie uśpionym obozowiczów.Przez jakiś czas było pięknie.
Było,i się zmyło.Moja błogość przerwana została przez nagły zryw luda,którzy pokonali ni stąd ni zowąd zerwane taśmy i rzucili się zajmować miejsca w kolejce.Rzuciłam się i ja,wyrwawszy Naczelnej bilet.Rychło okazało się,że wychodząca z terenu stadionu armia ochroniarzy zamiast przejść nad taśmą,bezceremonialnie ją zerwała.No i masz babo placek.Efektem tego przemyślanego posunięcia było stanie przez dwie i pół godziny w niebywałym upale,z co najmniej pięcioma innymi osobami na tym samym metrze kwadratowym oraz zawieranie praktycznym znajomości z młodszymi i starszymi towarzyszami niedoli.
Samej akcji otwierania bramek opisać nie sposób.Wspomnę zatem tylko o ochroniarzach-kretynach,którzy zamiast zająć się nielegalną kolejką napierającą z boku i powodującą najwięcej rozpierduchy,woleli blokować wpuszczanie ludzi i przyjmowanie postawy „Fuck the rest,I’m the best”;o trudach siłowania się z ową nielegalną kolejką;o czekaniu na następną fazę będącą kontrolą osobistą i mordercze spojrzenia rzucane kontrolerom,sprawdzającym każdą fałde materiału w gaciach wchodzących;o gonitwie na płytę z pękniętym ramiączkiem od stanika (przy dużym D to nie są żarty),i wreszcie-o potężnej uldze spowodowanej zdobyciem pięknego miejsca pod sceną,tradycyjnie z lewej strony.
No i się zaczęło,naturalnie-dopiero po jakimś czasie.Najpierw wpuszczono jakiegoś grzdyla w wełnianej czapce i siatce na baleron,który to grzdyl był jednym z supportów,a mówić do siebie kazał per Mickey Avalon.Tyz piknie,jak mawiali w starej Polsce.Wraz z nim napatoczyły się dwie laski,który trochę zapomniały się ubrać,za to nie zapomniały zabrać ze sobą fajek-bo też na paleniu,namiętnym przeciąganiu się i obmacywaniu siebie nawzajem i swego gustownego kolegi polegało ich zadanie.Było dość wesoło do momentu aż zbliżył się do krawędzi sceny i grzecznie acz lubieżnie odpowiedział na moje rozbawione,za to entuzjastyczne machanie.Niestety,nie da się ukryć faktu,że facet nie zrobiłby kariery lektora w Faktach.Urodziwy był raczej mało.
Po jakimś czasie ludzie,zażenowani i znudzeni,zaczęli bezceremonialnie prezentować mu środowy palec (ludzie,czyli cały drugi sektor),więc chłop,rad z braku lecących w niech produktów żywnościowych,wspomniał coś szybko o tym,że Polacy są cudowni,po czym pożegnał się i szybko zawinął,przypadkiem (?) prezentując nie do końca osłonięte pośladki.I po balu.
Następnie weszli Jet.Nigdy nie zagłębiałam się w ich repertuar,jako iż reprezentują totalnie nie interesujący mnie typ muzyki,więc prócz jednej piosenki nie znałam nic.Jednak przekonałam się po raz kolejny,że można ubawić się jak prosię nie znając artysty ani trochę.Występ ładny i przyjemny.
No i wreszcie,z opóźnieniem zaledwie dziesięciominutowym,weszli Red Hoci.
Powiem szczerze,że chyba się starzeję.Faktem jest,że cieszyłam się jak głupek i wrzeszczałam niebywale i ogólnie wyglądałam mało poważnie (również ze względu na wymachiwanie stanikiem),ale myślałam,że będzie bardziej emocjonalnie.Na Gunsach nad sobą nie panowałam,zwłaszcza w momencie,gdy pojawił się Axl.Tu zaś-byłam podjarana.I już.Dobrze czy źle?
Nie omieszkałam po cichu zauważyć,że Antoni wygląda wcale zdrowiej niż w wersji nie na żywo.A mówiąc mniej eufemistycznie-mniejszy i grubszy.Powierzchowność reszty nie odbiegała od normy,za wyjątkiem śnieżnobiałego kombinezonu Chada i faktu,że się nam Fru na tę okoliczność opierdaczył na krótko,czarując panie i onieśmielając panów uwodzicielskimi loczkami :D.
Nie uszło niczyjej uwagi,że Antoni na starcie,to jest przy będącej jako druga Dani California,całkowicie wywalił się z tekstem pierwszej zwrotki.Popatrzyłyśmy na siebie z siostrą,zarzucając brwiami i wydając z siebie skonsternowane „Eee”,po czym machnęłyśmy ręką.Pośpiewamy sobie przy refrenie.
Nagłośnienie urywało głowę.Ci,którzy twierdzą,że nagłośnienie owo było do bani albo stali poza stadionem,albo zielonego pojęcia na ten temat nie mają.Zwłaszcza,że możliwości akustyka pozwalały na niesamowity odbiór umiejętności Fleji-będzie banalnie,ale prawdziwie:onieśmielający kunszt.Jeśli osiągnę kiedyś taki poziom instrumentalny grając na gitarze,to będę się całować po rękach.
Z pewną dozą nieśmiałości przyznam też,że jako dobry instrumentalista objawił mi się również Fru.Wbrew memu wyobrażeniu o jego totalnym braku umiejętności,co wnosiłam po smutnych solówkach na płytach,jest naprawdę dobrym gitarzystą.Mam nadzieję,że moja opinia do niego nie dojdzie :P.Nie zawiódł mnie natomiast w swej eteryczności-kiedy rzucił się na kolana na naszym przyczółku po lewej zachował wyniosłą obojętność wobec naszych aktów (muahahaha) sympatii typu machanie,choć po ruchach gałek ocznych poznałam,że przyglądał się nam.Ach,ta zimna obojętność w połączeniu z różową gitarą!
Rozczarował mnie zaś trochę,jak całą resztę Polski,Antoni.Rozumiem,że nie płacą mu za głośny płacz wzruszenia i wielokrotne wyznania miłości narodowi polskiemu.Do łez rozbawił mnie komentarz przeczytany przez nas z siostrą gdzieś na forum,złorzeczący na Antka,bo nie przywitał się po polsku.Otóż ja o ten konkretny element żalu,hue hue,nie mam.Nie wymagałam też Pana Tadeusza w przełożeniu z angielski i recytowanego polszczyzną Miodka.Oczekiwałam natomiast trochę więcej szacunku.Ostatecznie fani to ludzie,dzięki którym ma czym wypełnić lodówkę i czym zatankować Harleya.Nawet mając galopującą biegunkę powiedziałabym ludziom:”Do widzenia”.I podziękowała za obecność.Rozumiem,minęły te czasy,kiedy przejmował się czyjąś opinią-obojętność i pewien luz przychodzą z wiekiem.Ale takie rzeczy jak kultura,cóż,nie powinny.Dobrze,że chociaż Fleja się poczuł,rzucając parę cieplejszych haseł.
Ubawiłam się,skakałam,śpiewałam,darłam gębę,machałam stanikiem oraz transparentami,podziwiałam i otwierałam szeroko oczy.Antoni wyjątkowo wdzięcznie machał kuperkiem,robiąc przy tym taniec plemienny,co bez wątpienia zasługiwało na wyjątkową uwagę.
Słowem,pięknie było,a prócz patrzenia na zespół posłuchałam też pięknej muzyki.I trochę im zazdrościłam,że przyszło ich oglądać średniej wielkości miasto zgromadzone w jednym miejscu.Chciałabym,żeby i mnie tak kiedyś obwrzaskiwali i obmachiwali.
Zdołałśmy się nawet zahaczyć do telewizji,albowiem pewna pani wraz z kamerzystą i człowiekiem machającym mu nad tą kamerą włochatą szczotką zrobiła z nami szort ynterwju.Będzie 20.koło południa.Nagrywać,to kiedyś będzie warte miliony.
Było długo i rozlazło,ale jest to niezbędne minimum.Ci,którzy wytrwali,niech obłaskawieni będą.Amen.

Dość tych świństw.Od dziewięciu dni jestem w stu procentach legalna.
Mogę już się upijać publicznie i zostać za to zgarnięta przez policję.
Muszę się samodzielnie z tego tłumaczyć,gdyż poinformowani przez władzę rodzice mogą oznajmić,iż ich jedyne dziecko jest dorosłe i generalnie mają w dupie to,w jaki sposób uda mu się wylizać z tego,w co wdepnęło.
Nie mogę już powiedzieć natrętnemu Mariano Italiano,że jeszcze grozi mu za mnie prokurator.
Nie dotyczy mnie już hasło „Młodzieży do lat 18.alkoholu nie podaje się”.Co najwyżej jego druga część:”Nietrzeźwym alkoholu nie podaje się”.
Na dobrą sprawę powinnam teraz co i rusz wtaczać się do sklepu pijana,żeby mieć satysfakcję,iż przynajmniej z jakiegoś procentu zdania buchającego z pomarańczowej tabliczki na ścianie można mnie potraktować.
Nie ma niczego.Jestem dorosła.
„Troszku straszno,troszku smieszno”,jak mawiają bracia Moskale.
Naturalnie impreza była,moja oraz trzech innych solenizantów.Szczęścia miałam z nich wszystkich najwięcej,ponieważ data biby wraz minęła się z oficjalnym dniem moich urodzin li i jedynie o jeden dzień.
Sama zaś impreza była spektakularna.Jako iż byłam jedną z organizatorek,to me spojrzenie nań było nieco wypaczone sprawami technicznymi (co nie przeszkodziło mi bawić się do ostatniego zipnięcia),toteż z zadowoleniem zaobserwowałam co następuje:
1)Tylko dwa zgodny,z czego jeden poszedł kulturalnie puścić pawia na okoliczny przystanek,po czym zasnął po powrocie z owej owocnej wycieczki,drugi zaś-wziął śpiwór i poszedł kimać na podłogę w szatni.
2)Solidne okupowanie parkietu przez przynajmniej osiemdziesiąt procent zebranych.
3)Żadnych strat materialnych (w zasadzie jako iż najlepiej ze wszystkich bawił się właściciel sali ,to i tak nie zostałyby one zauważone).
Prócz ubawu po pachy wieczór obfitował w liczne punkty kulminacyjne,jak na przykład widowiskowy upadek do oczka wodnego jednej z imprezowiczek i gorączkowe poszukiwane przezeń klapka (który pływał na powierzchni,co nie przeszkadzało dziewczynie ryć nosem po dnie).Nie sposób tu pominąć oczywiście rytualnego prania nas pasami.Osiemnaście sakramenckich razy.Nie wiem,czy obowiązuje tu zasada „Im więcej dostaniesz,tym bardziej cię lubią” i przyznam szczerze,że niewiele mnie to wówczas obchodziło.Bardziej martwiłam się,iż po zakończeniu akcji mogłabym zagrać w „Pasji”.Powinnam zrobić obdukcję.
Następnego dnia Moja Matka dostała ataku śmiechu na widok otrzymanych przeze mnie prezentów.Dostałam,co następuje:
1)Ozdobną klapę od sedesu z rybką akwariową nań,oraz hasłem „OKOŃ” nad ową rybką.Wewnątrz klapy wypisane zostało hasło:”Sto lat Olu-a resztę miej w dupie”.Zjawiskowe.
2)Pół litra Bolsa-od M.(słysząc moją historię o kacu Zboczeniec podkablował mu,że uwielbiam Bolsa).
3)Worek kosmetyków z Inglota-najchętniej pomalowałabym się wszystkim od razu.
4)Oryginalne Wino Patykiem Pisane-naturalnie od Kury.
Podsumowując-tą imprezę i wnuki moje wspominać będą.Hough.
Ze spraw bieżących-zakończyłam rok ze średnią 4,5.Jest to całkiem miłe,biorąc pod uwagę poziom mej placówki oświatowej.
Dnia 30.czerwca spodziewam się Naczelnej,po czym wpadniemy w wir gorączkowych przygotowań do koncertu.Należy skombinować transparent,koszulki,zbędne staniki do rzucania (tak tak,Naczelno,zrób przegląd zasobów :D),a ja myślę także nad tatuażem z henny,of kors,prezentującym logo RHCP w strategicznym miejscu na nadgarstku.Mam nadzieję,że z takich subtelnych ataków iście dziecinnej ekscytacji już nie wyrosnę.
W piątek przyjedzie moja gitara,którą dostanę od Ojca jako prezent na nową drogą dorosłego życia.Ibanez,model Stefan Vai,2007.Kto się zna,ten niech się ekscytuje.
Jako iż obie Babcie zachowały się,jakby dokonał udanego skoku na bank,to na jakiś czas mam z bańki wszelkie troski finansowe.
Słowem-póki co,żyć nie umierać.
Pod spodem zdjęcie mnie i mojej klapy,wczuwającego się M. w spodenkach typu „Iron Maiden po godzinach” oraz mojej skromnej osoby przebranej za Gene’a Simmonsa podczas niedawnej imprezy typu „Bal Przebierańców”.Nie poznawano mnie,co nie jest dziwne.Błagam-żadnych pytań.
IMG_1058.jpgIMG_1047.jpgIMG_0894.jpg

Dość tych świństw,myślę,że pora najwyższa powrocić do tak zwanego czynnego wykonywania zawodu.Dysponuję już taką ilością czasu wolnego (z racji końca roku szkolnego-obrzydliwą wręcz),że mogę sobie na ów luksus pozwolić.
Z rzeczy nowych-to nic nowego.Zespołu wciąż niet,i co więcej,nie bardzo zanosi się na znalezienie kogoś kompetentnego i niezatrzymującego się w połowie utworu z powodu omsknięcia się w rytmice.Na trzech nachodzonych przez nas perkusistów jeden już na starcie nie pojawił się na próbie,a drugi powiedział,że na koncertach grać nie będzie.Kiedyśmy już z Mazurem doszli do siebie po takim dictum i zapytali,po co w takim razie truje nam dupę o angaż w zespole,człowiek ów zarzucił brwiami,popatrzył na nas,jakbyśmy byli parą idiotów,i radośnie oznajmił:”Abo ja tak tylko dla siebie”.dziękujemy,zadzwonimy do pana.Nawet,jeśli pan nie ma telefonu.
Zaczęłam prawo jazdy.Jeżdżę od dwóch tygodni,wyjeździłam pięć godzin,i z jazdy na jazdę mam ciśnienie coraz bliższe wylewowemu.Niestety Punto służące już sporej ilości kursantów odbiega standartem od Astry mojego Ojca,na której pobieżnie trenowałam.Ze skrzynią biegów należy obchodzić się conajmniej jak z kobietą w zaawansowanj ciąży,to jest spokojnie i subtelnie,bo nerwowa i nie zawsze zaskoczy.Spokój i subtelność to dwie z tych cech,których zarzucić mi nie sposób.Jednak trzeba będzie zacząć-bo czterokrotne próby wrzucenia jedynki na światłach bawią mnie już coraz mniej,a instruktora to już przestały tak ze trzy jazdy temu.Podobnie jak fakt,iż raz na sto zapominam wcisnąć sprzęgło przy zmianie biegów (ot,detale).Wczoraj postraszył mnie kosztami naprawy skrzyni biegów,resztę obelg wymamrotał sobie w rękaw.
Instruktora generalnie mam dobrego-załatwionego przez Mazura,którego babcia jest właścicielką szkółki jazdy,do której uczęszczam.Cierpliwy jak senny bóbr,co prawda częstujący mnie dość zjełczałymi dowcpiami o blondynkach i mający zwyczaj prowadzić długie konwersacje z rodziną przez komórkę – podczas moich jazd oczywista.Niby niech mu będzie,bo to znaczy,że nie jest ze mną aż tak źle,bo w innym przypadku siedziałby mi na kierownicy i nerwowo miętoszył dźwignię ręcznego,niemniej jednak bywa,że czyni mnie skonfudowaną,rzucając ni z tego ni z owego:”I CO?!OPALASZ SIĘ?!” w swoją komórkę.
Słowem-nabywam praktykę.
Obijałam się naukowo przez tydzień cały,albowiem od soboty do środy przebywalim z klasą na wycieczce w Trójmieście.Pierwszy dzień był lekkim falstartem,ponieważ Stefania ewidentnie usiłowała uszczęśliwić nas wszystkich na siłę,wynajmując na (planowo) osiem godzin przeowdnika po Gdańsku.Nie żebym była sceptyczna-ale po pobudce o szóstej,po trzech godzinach snu (na korytarzach odbywała się Sodoma i Gomora,do czwartej nad ranem wszyscy ganiali jak popieprzeni i darli mordy modulacją stadionową),słuchanie pierdaczenia o Westerplatte nie było tym,czego najbardziej wówczas potrzebowaliśmy.Skończyło się na cichym dogorywaniu bądź ostentacyjnym słuchaniu Bacha (tego żyjącego) na mp3,bądź to cichych acz namolnych pertraktacjach z przewodniczką,o treści spiskowej:”Pani utnie trochę program,nikt się nie dowie”.Ostatecznie faktycznie przewodniczka,również (ku naszemu rozbawieniu) ze względu na naciski ze strony Stefanii,która na wycieczkę wybrała się była w JAPONKACH,w rzeczy samej okroiła program do godzin sześciu.W życiu tak się nie cieszyłam słysząc hasło:”A teraz macie czas wolny”.
Wieczorem doszło do lekkiego starcia między mną a pilnującym porządku na korytarzach zasiedlanego przez nas schroniska ochroniarzem.Otóż człowiek ów,robiący komedię poprzez spacerowanie z jakże tajniacką latarką (pomimo,iż korytarz był rzęsiście oświetlony),zapukał do nas i nakazał bezwzględny spokój oraz udanie się do swoich siedzib,bo jest już po 22.Z nóg mnie to zwaliło,albowiem przeszkadzałyśmy ludziom akurat tyle,co stary bambosz na zarośniętej rabatce,więc stanowczo zwlekałam z opuszczeniem pokoju sąsiadów.Kiedy ochroniarz ponowił pukanie i ponowił,już bardziej stanowczo,wycofanie się do swojej nory,nie mogłam się wstrzymać i zapytałam:”Panie,gdzieś pan był wczoraj,kiedy na korytarzach była regularna orgia?”.W odpowiedzi usłyszałam pytanie,gdzie mieszka nasz wychowawca,i natychmiastową groźbę,że oto on się tam udaje.Niestety ochroniarz nie wyciągnął żadnych konsekwencji,ponieważ już po przybyciu wychowawczyni nie mógł zidentyfikować tej,która tak bezczelnie do niego pyszczyła.
Wycieczka dała mi również pewne nowe doświadczenie:dogłębnie poznałam znaczenie słowa „kac”.Niestety jako osoba posiadająca nierozwiniętą inteligencję picia wymieszałam colę z wódką,i tenże drink w dużych ilościach i zaburzonych proporcjach coli oraz wódki ciągnęłam przez cały wieczór.Rano pożałowałam,że nie urodziłam się taboretem.Czułam się jak zwrócona przez kota aż do odjazdu pociągu powrotnego do Zielonej.
Nie wiedzieć czemu,mój Ojciec niezwykle był moim kacem ucieszony.Albo jest sadystą,albo jest nienormalny.
Za tydzień dzień wielki,to jest moja (i trzech innych osób) wyprawiana osiemnastka.Jak będziecie blisko Przylep City,to zapraszam z otwartmi ramionami i butelką wódki.
P.S.Koniec mojej kariary i reputacji.Pościągałam utwory Kiss i stwierdzam,że niektóre są wcale sensowne.


  • RSS